Всего за 0.01 руб. Купить полную версию
– Gdybyście ich mieli, gdzieżbyście ich pomieścili, skoro mamy dziś tylko kukułkę? – rzekł stajenny, starając się uspokoić Pietrka.
– A mój nowy powóz? – rzekł Pietrek.
– To on istnieje? – spytał gruby Owerniak14, pokazując w uśmiechu zęby białe i szerokie jak migdały.
– Stary niedojdo, potoczy się jutro, w niedzielę, i trzeba nam będzie osiemnastu pasażerów.
– A, ba! Ładny powóz to zagrzeje cały interes – rzekł stajenny.
– Powóz takuteńki jak ten, co jeździ do Beaumont! Ale! Nowiusienieczki! Malowany czerwono i złoto, tak że Touchardów szlak trafi ze złości! Trza mi będzie trzy konie. Znalazłem konika do pary z kasztanem, a Sarenka pójdzie gracko na przyprzążkę. No, dalej, zaprzęgaj – rzekł Pietrek, który spoglądał ku bramie Saint-Denis, ładując tytoń do krótkiej fajeczki. – Widzę tam jakąś paniusię i młodego pana z paczkami pod pachą, szukają Srebrnego Lwa, bo ani nie spojrzą na kukułki. Oho! Zdaje mi się, że ta paniusia to stara znajoma!
– Częstoście zajechali pełno, ruszywszy z domu pusto – rzekł stajenny.
– Ale pakunków nie ma! Kroćset kartaczy! Cóż za los!
I Pietrek usiadł na jednym z ogromnych słupów, chroniących mur od uderzeń osi, ale usiadł z miną niespokojną i zadumaną, która nie była mu zwyczajną. Ta rozmowa, nieznacząca na pozór, poruszyła okrutne troski skryte w głębi Pietrkowego serca. A co mogło mącić serce Pietrkowe, jeśli nie piękny wehikuł? Paradować na gościńcu, iść o lepsze z Touchardami, rozszerzyć swój interes, wozić pasażerów winszujących mu wygód postępowej lokomocji, miast słuchać ich ustawicznych wymówek za jego pudło, taka była chwalebna ambicja Pietrkowa. Otóż woźnica z Isle-Adam, uwiedziony żądzą zakasowania swego kolegi, doprowadzenia go może do tego, aby mu kiedyś wyłącznie zostawił linię Isle-Adam, przeliczył się z siłami. Zamówił w istocie pojazd u Farry, Breilmann i C-ie, powoźników, którzy właśnie wprowadzili angielskie resory w miejsce dawnej mechaniki francuskiej, ale ci nieufni i twardzi fabrykanci nie chcieli wydać dyliżansu inaczej niż za gotowiznę. Niezbyt kwapiąc się do fabrykacji pojazdu trudnego do ulokowania, gdyby im został, roztropni kupcy przystąpili do niego dopiero po wpłacie dwóch tysięcy franków, uskutecznionej przez Pietrka. Aby uczynić zadość sprawiedliwym wymaganiom fabrykantów, ambitny woźnica wyczerpał wszystkie środki i wszelki kredyt. Żona jego, teść i przyjaciele upuścili sobie krwi. Oglądał właśnie ten wspaniały dyliżans wczoraj u malarza, tylko go zaprzęgać! Ale, aby go zaprząc, trzeba było spłacić resztę. Otóż, Pietrkowi brakowało tysiąca franków! Zalegając u oberżysty z komornym, nie śmiał go prosić o pożyczenie tej sumy. Z braku tysiąca franków, narażał się na stratę dwóch tysięcy zadatkowanych z góry, nie licząc pięciuset franków – cena nowego Kasztana – oraz trzystu franków za nową uprząż, na którą uzyskał trzy miesiące kredytu. I oto, party wściekłością rozpaczy oraz szaleństwem próżności, upewniał przed chwilą, że jego nowy dyliżans ruszy w drogę jutro, w niedzielę. Dając tysiąc pięćset franków na dwa tysiące pięćset, miał nadzieję, że rozczuleni fabrykanci wydadzą mu powóz, ale po trzech minutach dumania, wykrzyknął głośno:
– Nie, to skończone psy, kutwy bez sumienia! A gdybym się zwrócił do pana Moreau, rządcy z Presles, to taki poczciwy człowiek? – rzekł do siebie uderzony nową myślą. – Wziąłby może ode mnie półroczny weksel.
W tej chwili lokaj bez liberii, niosący skórzaną walizkę, przybyły z biura Touchardów, gdzie nie znalazł miejsca do Chambly na pierwszą po południu, rzekł do woźnicy:
– To wy jesteście Pietrek?
– Wedle czego? – rzekł Pietrek.
– Jeżeli możecie zaczekać mały kwadransik, zabierzecie mojego pana: inaczej odniosę jego walizę i będzie musiał jechać dorożką.
– Zaczekam dwa, trzy kwadranse i oko, mój chłopcze – rzekł Pietrek zerkając na ładną, skórzaną walizkę, zamkniętą na mosiężny zamek z herbem na wierzchu.
– Dobra! Więc bierzcie – rzekł lokaj, zrzucając z ramienia walizkę, którą Pietrek uniósł, zważył, obejrzał.
– Masz – rzekł do stajennego – zawiń to dobrze w siano i załaduj do paki z tyłu. Nie ma nazwiska – dodał.
– Jest herb jego ekscelencji – odparł lokaj.
– Ekscelencji? Taka parada? Chodźcież na kieliszeczek – rzekł Pietrek, mrugając okiem i kierując się do Kawiarni trybunalskiej, dokąd pociągnął lokaja. – Chłopiec, dwa absynty! – zawołał wchodząc. – …któż to jest wasz pan i dokąd się udaje? Nigdy go nie widziałem – spytał Pietrek, trącając się ze służącym.
– I nie dziwota – odparł lokaj. – Mój pan jeździ do was tylko raz na rok i to zawsze powozem. Woli dolinę Orge, gdzie ma najpiękniejszy park w okolicach Paryża, istny Wersal, dobra rodzinne, od nich ma nazwisko. Nie znacie pana Moreau?
– Administratora z Presles?
– Właśnie. Więc pan hrabia jedzie na dwa dni do Presles.
– A! Będę wiózł pana hrabiego de Sérisy – wykrzyknął.
– Tak, mój chłopcze, tylko tyle. Ale baczność! Rozkaz. Jeżeli macie kogo z tamtych stron w dyliżansie, nie wymieniajcie pana hrabiego, chce podróżować kognito15, zalecił mi to wam powiedzieć, obiecując dobry napiwek.
– Hehe! Ta podróż w czapce niewidce ma może związek z interesem, jaki robi stary Léger, dzierżawca z Moulineux?
– Nie wiem – odparł lokaj – ale czuję swąd w powietrzu. Wczoraj wieczór poszedłem do stajni z rozkazem, aby trzymano na siódmą rano powóz do drogi do Presles, ale o siódmej jego ekscelencja odwołał. August, pokojowiec pana hrabiego, przypisuje tę odmianę wizycie pewnej damy, która wygląda mi na to, że przybyła stamtąd.
– Czyżby co nagadano na pana Moreau! Najzacniejszy człowiek, najuczciwszy człowiek, królewski człowiek, ba! Mógłby zarobić więcej pieniędzy niż ich ma, wierzajcie!…
– W takim razie głupstwo zrobił – odparł sentencjonalnie lokaj.
– Pan de Sérisy zamieszka tedy w Presles, skoro umeblowano i odrestaurowano pałac? – spytał Pietrek po chwili. – Czy to prawda, że już tam wpakowano dwieście tysięcy franków?
– Gdybyśmy mieli, pan albo ja, to, co wydano ponadto, wystarczyłoby nam do śmierci. Skoro pani hrabina tam zamieszka, a ba! Wówczas tym Moreau cokolwiek rura zmięknie – rzekł lokaj tajemniczo.
– Zacny człowiek, ten pan Moreau – odparł Pietrek, który wciąż zamierzał prosić rządcę o swoich tysiąc franków. – Człowiek, który daje ludziom pracę, nie targuje się zbytnio o robociznę, wyciska z ziemi całą jej wartość, i to dla swego pana! Zacny człowiek! Często jeździ do Paryża, zawsze moim dyliżansem, daje mi dobry napiwek i zawsze ma mnóstwo zleceń do miasta. Po trzy, cztery paczki dziennie, dla pana, dla pani, słowem rachunek na pięćdziesiąt franków miesięcznie, nic tylko same zlecenia. Pani wprawdzie dmie trochę, ale kocha bardzo swoje dzieci, to ja je przywożę z kolegium i ja je odwożę. Za każdym razem daje mi pięć franków, sama hrabina nie postawiłaby się lepiej. Och, za każdym razem, kiedy mam kogoś od nich albo do nich, jadę aż pod bramę pałacową… To się należy, nieprawdaż?
– Powiadają, że pan Moreau nie miał ani tysiąca talarów przy duszy, kiedy go hrabia zrobił rządcą w Presles? – rzekł lokaj.
– Ale od 1806, w siedemnaście lat, musiał przecie coś uciułać! – odparł Pietrek.
– Prawda – rzekł lokaj potrząsając głową. – Ostatecznie, panowie to bardzo pocieszny naród, i mam nadzieję, że pan Moreau wyskrobał sobie omastę na chlebuś.
– Woziłem często do was dziczyznę – rzekł Pietrek – do waszego pałacu przy ulicy Chaussée d'Antin, i nigdy nie miałem zaszczytności oglądać pana ani pani.
– Pan hrabia to dobry człowiek – rzekł lokaj poufnie – ale, jeżeli żąda dyskrecji, aby zapewnić sobie kognito, musi być jakiś skweres16, tak my sobie kombinujemy w pałacu: bo po cóż by odmawiał powóz? Po co by się tłukł kukułką? Czy par Francji nie ma na to, aby wynająć dorożkę?